Blog > Komentarze do wpisu
Bosko i zgoła przyziemnie

Zostałem kinomanem. To znaczy nie tyle zostałem, co jestem tak postrzegany. Schlebia mi to, a jednocześnie niezwykle bawi. W końcu dość specyficzne wrażenie pozostaje, kiedy ktoś podchodzi do mnie i pyta, czy dany film jest dobry, godny obejrzenia. Przepraszam, czy ja jestem wyrocznią delficką albo trzymając się tematu - Tadeuszem Sobolewskim ? Czy jak coś podoba się mnie to od razu musi się podobać także wszystkim dookoła ? Osobiście nie traktuje siebie, jako kogoś więcej niż widza kinowego. Owszem oglądanie filmów sprawia mi przyjemność. Lubię także o nich czytać, o czym świadczą naręcza miesięcznika "Kino" walającego się na moich półkach. Do kina chodzę częściej niż przeciętny Polak - zgoda. Tylko czy to czyni ze mnie kinomana z krwi i kości ?

Korzystając z umownego okresu ferii (w tym roku mniej beztroskiego z poprawką w tle i pracą magisterską na karku) nadrobiłem w trybie ekstensywnym zaległości filmowe. Wiadomo... Co kinoman to kinoman (phi!). Sporo tytułów mam na koncie, aczkolwiek tylko dwa z nich pozwolę sobie uczynić bohaterami tej notki - "Drzewo życia" i "Głód"

Terrence Malick, rocznik 1943. Amerykański reżyser, scenarzysta, producent. Człowiek niezwykły. Zaczął karierę pod koniec lat 60-tych, lecz do tej pory wyreżyserował zaledwie 11 filmów. Trudno się dziwić takiej marnej statystyce, jeśli zauważymy, że pomiędzy filmem nr.7 ("Niebiańskie dni") a nr.8 ("Cienka czerwona linia") Pan Malick zrobił sobie bagatela 20-letnią przerwę ! Z powodu swojej twórczości, specyficznego podejścia do zawodu filmowca i aury tajemniczości, która go otacza premiera każdego kolejnego tytułu sygnowanego jego nazwiskiem staje się światowym wydarzeniem artystycznym. Nie inaczej było z "Drzewem życia". Filmem, który został okrzyknięty arcydziełem i otrzymał prestiżową Złotą Palmę podczas festiwalu w Cannes.



Sam mam problem z "Drzewem życia". Jestem pod wrażeniem strony wizualnej filmu. Każde ujęcie jest perfekcyjne i dopracowane w najmniejszych szczegółach. Efekty specjalne wykorzystane do wstawek o "powstaniu świata", choć skrajnie manieryczne też mogą się podobać. Ale im dłużej śledziłem historię rodziny O'Brianów z wiodącą w niej rolą ojca (więcej niż przyzwoity Brad Pitt) tym bardziej zgadzałem się ze stwierdzeniem jednego z polskich krytyków, iż Malick w swojej wizji pytań o Absolut, Boga, wiarę, a także sens stworzenia i życia popadł w filmową grafomanię. Utwierdziłem się w tym po przejrzeniu filmu jeszcze raz, ale na przyspieszeniu. Zobaczyłem dobrze zmontowaną serię ładnych obrazków, które jednak nie niosły żadnej treści. Albo też ta treść jest trudna do uchwycenia, co koreluje z tematem nieodgadnioności Boga i świata, jaki stworzył. Dlatego staram się odrzucać myślenie o "Drzewie życia", jako o filmie fabularnym. Bo jako film zupełnie się nie sprawdza. Jest obrazem przeciętnym, nakręconym według zasady "sztuka dla sztuki". Traktując natomiast dzieło Malicka jako obrazkowy traktat humanistyczny wpisujący się w rozważania o kondycji współczesnego człowieka i jego relacji z Bogiem oraz światem otwieramy sobie zupełnie inny horyzont poznawczy. Czuję, jak pompatycznie to brzmi, ale właśnie takie nieco idealistyczne wrażenia nasunęły mi się po seansie.

Steve McQueen (nie aktor), rocznik 1969. Brytyjski artysta, twórca sztuki współczesnej. Obecnie reżyser i scenarzysta. Na koncie fabularny debiut, za który otrzymał nagrodę BAFTA i kilkanaście nominacji. Nadzieja światowego kina. Wspomniany debiut to "Głód". Film przedstawiający historię strajków bojowników IRA i INLA (Irish National Liberation Army) w północnoirlandzkim więzieniu Maze. Początkowo protesty wobec represyjnego systemu więziennictwa i nie uznania bojowników IRA za więźniów politycznych miały charakter tzw. brudnego strajku. Objawiał się on w odmówieniu noszenia więziennych uniformów, mycia się, a także wydalaniu ekskrementów wewnątrz celi, a następnie ich rozprowadzaniu na ścianach czy podłodze. Drugą formą strajku była głodówka. Bezkompromisowa i nieodwołalna, co pochłonęło życie 10 więźniów, w tym Bobby'ego Sandsa - jednego z największych bohaterów Irlandziej Armii Republikańskiej.



Obraz McQueena jest przerażający i do bólu prawdziwy. Widząc usmarowane kałem ściany niewielkiej celi jesteśmy sobie wyobrazić potworny smród, jaki w niej panuje. Obserwując pełzające białe robaczki obok zapuszczonych, nagich, brodatych więźniów pojawia się ochota by zatrzymać film i pójść obejrzeć "Kocham Cię Polsko". Ale nie jest tak łatwo oderwać się od ekranu. Świat "Głodu" zbudowany zarówno z wymownych detali, jak i długich, wydawałoby się przeciągniętych ujęć - np. w fantastycznej scenie rozmowy Sandsa z pastorem - jest fascynujący. Jest swoistą filmową dziurką od klucza przez którą możemy podglądać, co dzieje się z ludzkim ciałem poddanym ekstremalnej sytuacji. Cierpienie głodującego Sandsa po pewnym czasie staje się naszym cierpieniem. Każda jego rana, odleżyna, wychudzony mięsień boli także nas samych. W tym aspekcie McQueen osiągnął absolutne mistrzostwo. Tylko i wyłącznie za pomocą filmowych środków wyrazu sprawił, że w centrum sytego i bogatego świata naprawdę poczułem głód. Prawdziwy, wielodniowy, wyniszczający głód, przy którym post w Środę Popielcową to małe miki. I wszystko było świetne, a nawet cudowne, tylko reżyser powielił standardowe potknięcie debiutanta - skupiając się na warstwie wizualnej po macoszemu potraktował warstwę fabularną. O ile można wybaczyć i zrozumieć gloryfikowanie bojowników IRA w opozycji do których Anglicy jawią się jako pozbawione rozumu zwierzęta z przewodzącą im Margaret Thatcher - wcieleniem wszelkiego zła, tak trudno przejść obojętnie wobec dość słabego przedstawienia całego kontekstu społecznego konfliktu Londynu z irlandzkimi, było nie było, w świetle prawa terrorystami. A no i jeszcze coś. Może mniej poważnego, ale nie mogę o tym nie wspomnieć. Czy absolutnie konieczne było kręcenie sceny "tasowania się" jednego z więźniów pod kocem ? Takich rzeczy można byłoby się spokojnie domyślić, więc epatowanie nimi wydaje się w tej sytuacji zbędnym, efekciarski (jakkolwiek w tym kontekście to brzmi) zabiegiem.

"Drzewo życia" i "Głód" nie są filmami wybitnymi. Zabrakło w nich dla mnie iskry i czegoś co spowodowałoby, że po skończeniu oglądania mógłbym zakrzyknąć z pełną stanowczością - WOW ! Natomiast są zdecydowanie filmami odważnymi, łamiącymi konwencje i poruszającymi tematy, których współczesne kino albo się boi ("Głód") albo je z premedytacją odrzuca ("Drzewo Życia"). Dlatego też z całego serca trzymam kciuki za weterana Malicka i żółtodzioba McQueena. Wiele ich dzieli, ale jednocześnie coś łączy. Poczucie bycia szarlatanami ekranu. Bezkompromisowymi szaleńcami z własną wrażliwością. Takich ludzi nigdy za wiele w tym do bólu przewidywalnym świecie i kinie...

P.ES: Siła sugestii znów mnie zaskoczyła. Tym razem w sposób pozytywny.

P.ES 2: Cytat roku w polityce i szansa na Top 10 w kategorii open - "Kto wybrał drużyny do tego meczu ?". Autorstwo: poślinka Joanna Mucha. Kontekst: mecz o Superpuchar Polski, Legia-Wisła.

P.ES 3: Trzej najlepsi przyjaciele człowieka w zimie - kołdra, wełniane skarpetki i kubek gorącej herbaty. Kolejność uszeregowania dowolna. 

poniedziałek, 13 lutego 2012, flisak1900

Komentarze
Gość: , 84-10-175-87.dynamic.chello.pl
2012/05/09 01:35:50
Film Mallicka jest tak przeładowany ckliwym patosem, że aż boli. Jak dla mnie to nie niesie ze sobą kompletnie NIC oprócz ciekawej strony wizualnej. Poszukiwań Boga w nim tyle co w Rambo. Wystarczy dla porównania obejrzeć "Ludzi Boga", który to film też został nagrodzony w Cannes. Obraz kompletnie inny, tak oszczędny, że aż ascetyczny, ale za to jakże prawdziwie uduchowiony.

Żaba