Menu

Walking The Line

czyli opowieści człowieka, którego nie było...

Zimowo, weekendowo, gdańsko i trójmiejsko

flisak1900

Nieoczywiste wyjazdy urlopowe w niepopularnych terminach i w towarzystwie mojej ukochanej A., to coś co lubię najbardziej. Po kwietniowym Budapeszcie i październikowej Brukseli przyszedł czas na styczniowy Gdańsk. Miasto różnorodne, przede wszystkim urokliwe w swojej surowości. Szczególnie o tej porze roku. Krótką, weekendową wycieczkę po mieście, które kiedyś przez „chichot historii” było też państwem, czas zacząć…

Do naszego punktu docelowego dotarliśmy samolotem, bo wbrew pozorom było najtaniej. „Powietrzny Ryan” kolejny raz oszczędził nasze portfele. Za loty w dwie strony razem z A. zapłaciliśmy łącznie niewiele ponad 70 zł. Warto było uiścić tę kwotą tym bardziej, że podczas dość „twardego” uziemienia na płycie lotniska imienia Lecha Wałęsy (lub TW Bolka – zależnie, kto po której stronie politycznej barykady obecnie się znajduje) mogliśmy w praktyce zrozumieć, dlaczego podczas lądowania nie można przebywać w toalecie. Uwierzcie, naprawdę nie można :).

Cały wyjazd poniekąd potraktowaliśmy razem z A. jak łyżwiarze figurowi. W piątek zdecydowaliśmy się na „krótki program obowiązkowy” i ślizgając się po niebezpiecznie oblodzonych chodnikach, ścieżkach i brukach dzielnie przemierzyliśmy odcinek tzw. Głównego Miasta na trasie Długie Ogrody – Zielony Most – Długi Targ, aby na koniec dotrzeć do najbardziej reprezentacyjnej ulicy Długiej. Punktów karnych za upadki nie dostaliśmy (chociaż np. ze mnie jest łamaga prima sort), natomiast odhaczyliśmy wszystkie najważniejsze punkty turystyczne, bez których trudno wyobrazić sobie wyjazd do Gdańska. Był więc Dwór Artusa, pomnik Neptuna, Złota Brama i niezliczone ilości wspaniałych kamienic przypominających te z innych portowych miast Europy – Hamburga, Lubeki czy Amsterdamu.

Dlugi_1Dlugi_3

Dlugi_2

Kiedy nadeszła wieczorowa pora schowaliśmy się przed przejmującym chłodem w przyjemnym i klimatycznym lokalu na ulicy Piwnej. Nie zabawiliśmy tam zbyt długo, bo zmęczeni podróżą i trudami dnia marzyliśmy o najbardziej przyziemnych sprawach, jakie można sobie wyobrazić – ciepłej herbacie, kąpieli i wygodnym łóżku. W drodze powrotnej do hotelu nie odmówiliśmy sobie jednak spaceru ulicą Piwną i polecaną na wielu blogach ulicą Mariacką. Na tej ostatniej moje szczególne zainteresowanie wzbudziły rzygacze ozdabiające parkany kamienic, które misternie udekorowane lodowymi soplami nabierały bajkowego charakteru.

Mariacka_2

Mariacka_3Mariacka_1

Sobota miała być dniem na „jazdę dowolną”. Wyszło trochę inaczej, ale wcale nie gorzej. Mieliśmy okazję spojrzeć na Gdańsk z góry, pospacerować uliczkami Starego Miasta (Ratusz Staromiejski i pomnik Jana Heweliusza – odfajkowane), a w porze obiadowej zjeść smaczne naleśniki w małej, „cukierkowato” udekorowanej knajpce na ulicy Ogarnej. Może nie były one tak dobre, jak te serwowane w lubelskiej „Zadorze”, ale na pewno równie sycące.

Wieczór kolejny raz upłynął nam szybko i raczej leniwie. Podjęliśmy jednak też decyzję, że co by się nie działo, to „Niedziela będzie dla nas”.

Z_gory_11

Z_gory_3

Z_gory_2

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Zaczęliśmy z grubej rury, bo od spontanicznej wycieczki do Sopotu. W naszych przedwyjazdowych rozmowach z A. temat wyprawy na słynne molo pojawiał się kilkukrotnie, ale im bliżej wyjazdu, tym bardziej skłanialiśmy się do rezygnacji z tej opcji. Gdybyśmy to ostatecznie zrobili, to moglibyśmy długo pluć sobie w brodę.

Jeszcze w drodze do Sopotu niebo było pochmurne. Wszystko zmieniło się w momencie wyjścia z pociągu. Na horyzoncie ukazało się piękne, ostre, zimowe słońce, które towarzyszyło nam w spacerze na molo. A tam – poza lekko wkurzającym, sporym ruchem spacerowiczów, w te i we w te – było pięknie… O było na przykład tak…

Sopot_11

Sopot_2

Sopot_3

Po Sopocie przyszedł czas na Wrzeszcz, gdzie wpadliśmy z przelotną wizytą na kawę i odwiedziny u odlanego w brązie Güntera Grassa i bohatera jego głośnej powieści „Blaszany bębenek”. Zdaniem miejscowych złapanie figury Oskara za nos ma przynosić szczęście. Nie jestem specjalnie przesądny, ale dla wewnętrznego spokoju spróbowałem sprawdzić prawdziwość tego sądu.

Wrzeszcz_3

Wrzeszcz_2

Wrzeszcz_1

Na koniec naszej niedzielnej i udanej „jazdy dowolnej” dotarliśmy z A. pod Stocznię Gdańską, a właściwie to co z niej pozostało. Gigantyczne dźwigi znane z wielu historycznych zdjęć mogą wzbudzać zachwyt. Gorzej z ich otoczeniem, które jest bardzo depresyjne. Nie lepiej wygląda sytuacja pod Europejskim Centrum Solidarności. Pomysł wybudowania tego budynku był ze wszech miar słuszny, ale po krótkim obejściu całego terenu miałem wrażenie, że odwiedzam karykaturę prawdziwego miejsca pamięci. No, ale cóż czasami takie wrażenia przychodzą do głowy samowolnie…

Stocznia_3

Stocznia_21

Stocznia_31

Nasza gdańska (czy szerzej trójmiejska) wyprawa dobiegła końca w poniedziałek. Znów była kawa, naleśnik na obiad i spacery ulicami Głównego Miasta. Później trochę żal było wyjeżdżać, ale sama natura dała nam jednoznaczny sygnał, że przyszedł już na to czas. Temperatura skoczyła w górę, śnieg stopniał, magiczna zimowa aura zniknęła w przeciągu nocy. Ale mi i A. nie popsuło to humorów, a nawet skłoniło nas do podjęcia zobowiązania, że za rok o tej porze znów stawiamy na morze.

P.ES: Rozmowy Onego i Onej – odcinek pt: „Kto rymem wojuje, ten od rymu ginie”

Miejsce akcji: Hotelowy korytarz

On: Te karty do pokoju często się rozmagnesowują.
Ona: Tak? Nie wiedziałam.
On: Jak byłem w Londynie to mi się to zdarzyło. I wtedy poszedłem do recepcji, do Pani Agnes.
Ona: I co… Powiedziałeś Agnes, że zepsuł Ci się magnes?
(wspólny śmiech, kurtyna opada)

P.ES 2: Długo biłem się z myślami, ale zwyciężył mój uśpiony ostatnio brak rozsądku. Dlaczego? Wszystkie wyjaśnienia w jednej z grudniowych notek.

porzingood1

P.ES 3: Mój kolega od kilku lat prężnie prowadzi antykwariat internetowy (www.oldskul.com.pl). Nie wiem dlaczego tyle zwlekałem, ale dopiero teraz skorzystałem z jego oferty. I trafiłem tam na płytową perełkę, która nie opuszcza mojego (choć legalnie należącego do A.) odtwarzacza. Album „Auberge” Chrisa Rea jest doskonały, o czym najdobitniej świadczy grubo ponad milion egzemplarzy sprzedanych na całym świecie i tytuł najlepiej sprzedającej się płyty na terenie Wielkiej Brytanii w 1991 roku. A dla zachęcenia coś do tego wydawnictwa, tytułowy utwór:

© Walking The Line
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci