Walking The Line

Wpisy

  • poniedziałek, 20 lutego 2017
    • Farsa, Forsa, Fiesta - „Najdroższy” w Teatrze Współczesnym

      Mam wrażenie - odniesione bez przesadnie częstego oglądania telewizji czy przeglądania portali internetowych - że czasy, w których żyjemy są naprawdę dość popieprzone. I z każdym tygodniem czy miesiącem zamiast być lepiej jest jeszcze gorzej. Wydaje się, że od tego zastanego, kiepskiego stanu rzeczy trudno nam uciec i znaleźć jakieś światełko w tunelu. W weekend odkryłem jednak, jak zbawienną receptą na rzeczywistość (szczególnie taką wielkomiejską) może być spojrzenie na nią w krzywym zwierciadle wykreowanym na teatralnej scenie. A to wszystko przy okazji wizyty z moją A. na sztuce „Najdroższy" Francisa Vebera w warszawskim Teatrze Współczesnym.

      Kino i teatr to miejsca, którym często nadaje się magiczne moce pozwalające na wywołanie u widzów efektu katharsis lub prościej oczyszczenia. Mimo, że może wydawać się to nieco naiwne, mi udało się przeżyć ten stan w sobotni wieczór. A to dzięki mieszance wyrazistego i zarazem inteligentnego humoru, świetnej gry aktorskiej, a przede wszystkim doskonałej obserwacji ludzkich zachowań zapisanej na kartach komedii Vebera, której nazwanie „komedią bulwarową” jest pewnym nadużyciem.

      Historia opowiedziana w „Najdroższym” jest z pozoru prosta i oparta na jednej z najbardziej plugawych rzeczy współczesnego świata, czyli na kłamstwie. Francois Pignon jest bezrobotnym, niezaradnym życiowo byłym prawnikiem, który szukając jakiegokolwiek zainteresowania ze strony swoich bliskich (i nie tylko) prosi (a wręcz błaga) inspektora podatkowego Toulouse'a o przeprowadzeniem fałszywej kontroli skarbowej w zamian za dostarczenie kompromitujących informacji o swoim bogatym wuju. Bohater jest tak zdesperowany, że nawet sam postanawia na siebie napisać obraźliwy i pełen inwektyw donos. Inspektor się zgadza i mimo początkowych obaw uwiarygodnia kontrolę, czym rzuca światło na Pignona. A jest ono na tyle mocne, że fajtłapowatego bohatera w końcu zaczyna dostrzegać była żona szukająca wsparcia dla projektu nowego partnera, dawny kolega z działu prawnego dużego banku liczący na poklask u swojego szefa, a wyzwolona dekoratorka wnętrz Christine coraz śmielej eksponuje swoje wdzięki przy okazji kolejnych wizyt z nowymi, zaskakującymi dziełami sztuki nowoczesnej w mieszkaniu „dozorowanym” przez Pignona.

      16807148_1410695532285961_5565867959388068061_n1

      fot. Magda Hueckel

      Wieść o fałszywej kontroli, a za nią domysły dotyczące fortuny Pignona skrywanej na kontach bankowych w bananowych republikach, zataczają coraz szersze kręgi. Bohater chełpi się przed bliskimi swoim statusem bogatego malwersanta, ale z każdym kolejnym dniem ma wrażenie, że niedługo na jaw wyjdzie jego prawdziwy status „gołodupca”. Zanim jednak to nastąpi, Pignon w serii komicznych zdarzeń lawiruje pomiędzy prawdą a fałszem, obrazem prawdziwym a wykreowanym. Jak to jednak często bywa, Fortuna nie lubi być robiona „w konia” i odwdzięcza się bohaterowi w sposób zgoła zaskakujący.

      „Najdroższy” jest pozycją obowiązkową dla wszystkich osób, które w teatrze chcą odnaleźć mentalny reset. Reżyser Wojciech Adamczyk niczym alchemik dobrał ze sobą dwa wybitnie dobre aktorskie składniki (urzekający Andrzej Zieliński w roli Pignona oraz czarujący Krzysztof Kowalewski jako Jonville) i połączył je ze znakomitymi aktorami charakterystycznymi (np. Leon Charewicz jako inspektor Toulouse) tworząc niezwykle zabawny, przystępny i rozrywkowy - w dobrym tego słowa znaczeniu - spektakl. Myślę, że Teatr Współczesny może być dumny z tego spektaklu, bo - mówiąc na podstawie moich doświadczeń - robi on człowiekowi po prostu dobrze w tych raczej przygnębiających i smutnych czasach. Zarówno na duszy, jak i na ciele. O czym mogę zaświadczyć i ja i A., która w pewnym momencie popłakała się ze śmiechu na scenicznych popisach (a właściwie wygibasach) Krzysztofa Kowalewskiego.


      I jak sobie przypominam, w jak dobry nastrój wprawił mnie sobotni spektakl, to przypominam sobie taki cytat z wybitnego brytyjskiego aktora Aleca Guinessa: „Tylko niewielu ludzi, którzy cierpią na kaszel, idzie do lekarza. Większość idzie do teatru”. Więc skoro tak, to wypisujmy sobie tę teatralną receptę jak najczęściej i śmiejmy się z nas samych. Nawet, jeśli jesteśmy przedstawieni na scenie nieco krzywo i pokracznie. Tylko to może przynieść nam prawdziwe oczyszczenie.
       
      P.ES: Rozmowy Onego i Onej - owocowe klimaty zimy.

      #1

      On i Ona rano, w czasie dużych mrozów. Ona martwi się bezdomnymi zwierzętami i często sprawdza pogodę.

      Ona: Jeszcze tylko dziś, jutro i w środę mają być takie mrozy.
      On: A później?
      Ona: Od czwartku ma być około minus zera.
      On (z szelmowskim uśmiechem i spojrzeniem): Minus zera mówisz?

      #2

      On i Ona jedzą wieczorem po połówce jabłka.

      On (przypatrując się swojej części): Wiesz co, doszedłem ostatnio do wniosku, że wszystkie owoce przecięte na pół mają części przypominające damskie narządy płciowe.
      Ona (po chwili zastanowienia): Banan nie ma!
      On: Ale banan ma co innego :)

      P.ES 2: A pozostając w temacie owoców i narządów :) ...

      20170207_1922191

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Farsa, Forsa, Fiesta - „Najdroższy” w Teatrze Współczesnym”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      flisak1900
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 lutego 2017 21:57
  • czwartek, 29 grudnia 2016
    • Zapomniany eksperyment

      Często bywa tak, że znane nam z osobistego doświadczenia rzeczy dostrzegamy i doceniamy dopiero po latach. Osobiście przekonałem się o tym dzisiaj, zaledwie kilka godzin temu. Wszystko za sprawą wizyty na dobiegającej właśnie końca wystawie „Eksperyment Łysogórski 50 lat później” w warszawskim Miejscu Projektów Zachęty.

      IMG_1667

      Łysa Góra to miejscowość dobrze mi znana z powodów do szpiku kości osobistych. To tam pochowani są moi pradziadkowie. To przez tę miejscowość przejeżdżam, kiedy jadę w odwiedziny do dziadka. I w końcu tam mieszka moja ciocia i wujek, którzy w tej historii mają o tyle ważną rolę, że przez wiele lat pracowali w Spółdzielni Wyrobów Ceramicznych „Kamionka”.

      W czasach PRL-u, pod opiekuńczym rodzajem mecenatu ze strony Cepelii, zakład działał niezwykle prężnie i dawał zatrudnienie praktycznie połowie mieszkańców Łysej Góry. Wieś rozwijała się dynamicznie, a nowych pracowników dostarczało powstałe tamże Technikum Ceramiczne. Wszystko, co dobre skończyło się po 1989 roku. W kapitalistycznej rzeczywistości zakład nie mógł sobie poradzić i w końcu po pewnym czasie musiał upaść. Lecz mimo tego, że po halach produkcyjnych „Kamionki” od wielu lat hula już tylko wiatr, znawcy polskiego designu i historycy sztuki przypominają o Łysej Górze. A szczególnie o tzw. Eksperymencie Łysogórskim.

      IMG_1658

      Ten trwający w latach 1959-1968 projekt związany z osobami Bolesława Książka i warszawskich malarzy Krzysztofa Henisza i Zygmunta Madejskiego był niezwykłym zjawiskiem zaistnienia ceramiki, jako elementu architektury i dekoracji wnętrz. W „Kamionce” przez lata wytwarzane były ceramiczne płytki i okleiny, które zdobiły budynki nie tylko niemal w każdym zakątku Polski, ale także zagranicą. Warszawska wystawa, którą (niestety) można zobaczyć tylko do 1 stycznia 2017 rok, przypomina tamte czasy świetności małopolskiego zakładu i jednocześnie stawia pytanie: Jak to się stało, że w miejscu stawianym kiedyś, jako wzór dobrego wzornictwa obecnie panuje kompletna artystyczna pustka i degrengolada. O tym wszystkim opowiadają poniekąd prace inspirowane wyrobami z Łysej Góry przygotowane przez artystów zaproszonych do udziału w wystawie.

      IMG_1654

      IMG_1655

      IMG_1659

      IMG_1663

      IMG_1661

      IMG_1660

      Po tym, co zobaczyłem w Miejscu Projektów Zachęty, kolejna podróż przez Łysą Górę nie będzie mi już obojętna. Kto wie, może nawet na chwilę zatrzymam się przed fasadą dawnego budynku „Kamionki”, żeby w pamięci telefonu lub aparatu zachować to, co jeszcze pozostało. Bo kto wie, czy za kolejne 50 lat ktokolwiek, gdziekolwiek jeszcze będzie pamiętał o kolorowych, ceramicznych płytach produkowanych w moich rodzinnych stronach.

      P.ES: Rozmowy Onego i Onej - w filmowych klimatach.

      #1

      W deszczowy dzień, On i Ona idą na zakupy. Na wyposażeniu mają duży parasol, który dzierży on. Wywiązuje się dialog.

      On: Taki dziś dzień, że mogę zrobić Gene'a Kelly'ego
      Ona (powstrzymując Onego przed podskokiem): Ty uważaj lepiej, żeby nie wyszedł Ci Jim Carey.

      On i Ona sugestywnie patrzą na siebie z uśmiechem.

      #2

      On i Ona grają w grę planszową o polskim filmie.

      On: Kategoria "Różne" - Kto jest autorem scenariusza do filmu pt: "Bandyta" w reż. Macieja Dejczera?
      Ona: Eee, nie wiem.
      On: Podpowiem. Ten Pan jest związany z Grażyną Wolszczak.
      Ona: Wiem! CEZARY, zaraz sobie przypomnę...
      On (wydaje dziwne gębowe odgłosy): Hrrr, Hrrr, Hrrr...
      Ona (skonsternowana): Chrumkała?
      On (dalej warczy, jeszcze głośniej): Hrrr, Hrrr...
      Ona: A, Harasimowicz

      The End :)

      P.ES 2: Z cyklu foty nie do ogarnięcia...

      20161203_18134120161106_144406

      W pierwszej chwili jak zobaczyłem, co znajduje się na tylne półce samochodu to pomyślałem, że brat Dextera powrócił do żywych :).

      P.ES 3: Jako, że dawno mnie nie było tutaj, to jest ogłoszenie parafialne. Od pewnego czasu moją facjatę (rzadziej) i zdjęcia przestrzeni (częściej, bardziej i mniej ładne) znajdziecie TUTAJ. I tak, kiedyś zarzekałem się, że mnie tam nie będzie.

      drewniany_joe_full

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      flisak1900
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 grudnia 2016 21:57
  • wtorek, 20 września 2016
    • Wiech prawdę Ci powie...

      Na początku lipca minęły dokładnie trzy lata od dnia, kiedy - jak to kiedyś ładnie określił najlepszy koszykarz współczesnej NBA, LeBron James - "przeniosłem swoje talenty" do Warszawy. Przez ten czas zdążyłem całkiem nieźle zaaklimatyzować się w stolicy, poznałem dość dobrze jej topografię oraz odkryłem prawie wszystkie związane z nią blaski i cienie. Od pewnego czasu staram się także bardziej pogłębić wiedzę o samym mieście, szczególnie pod kątem historycznym. A jeśli poznawać historię to tylko przez ludzi, opowieści i wspomnienia. I w tym ostatnim względzie znalazłem najlepszego przewodnika z możliwych - Stefana "Wiecha" Wiecheckiego, Homera warszawskiej ulicy.

      Stefan_Wiechecki_20113
      Wracając z rodzinnych uroczystości miałem (jak zwykle zresztą) przymusowe "międzylądowanie" w Krakowie. Korzystając z chwili wolnego czasu wstąpiłem do jednego z antykwariatów w okolicach Rynku, żeby poszukać czegoś ciekawego dla mojej A. i innych zaznajomionych ze mną fanów starych książek. Traf chciał, że sensownych propozycji dla nich nie znalazłem, ale za to sam chapnąłem pod pachę dwa zbiory przedwojennych opowiadań Wiecha zatytułowanych "Jesień na Kercelaku" i "Wytworny Rzeźnik". Zadowolony z zakupów udałem się na dworzec, a już po umoszczeniu się w pociągu zacząłem czytać pierwszą z książek. I od razu przepadłem na dobrą godzinę.

      Stefan_Wiechecki_w_rozmowie_z_dorokarzem1
      Styl pisania autora, jego inteligentne poczucie humoru i umiejętność fantastycznego odmalowania w detalach atmosfery warszawskiej ulicy całkowicie mnie uwiodły. Nie mogłem oderwać się od czytania, a na dodatek w wielu momentach ciężko było mi powstrzymać się od śmiechu. A poza tym między wierszami wyłapywałem wszystkie smaczki związane z Warszawą, której już nie ma. Miastem z niepowtarzalną gwarą, miejscami z których wiele już nie istnieje lub tylko prowizorycznie nawiązują do dawnych czasów czy specyficznymi wydarzeniami, ludźmi, sytuacjami nadającymi klimat łotrzykowskiej metropolii.

      IMG_11451
      Żeby dłużej nie zanudzać, na konkretnych przykładach spróbuję zaprezentować humorystyczny geniusz Wiecha i jednocześnie jego umiejętność przemycania ponadczasowych prawd poprzez jak najbardziej zwykłe obrazki życia codziennego z przedwojennej Warszawy.

      Bo tak generalnie warto czytać Wiecha, żeby...

      1. Wiedzieć, dlaczego po ogórkach nie ma co iść na karuzelę

      Muzyka gra. Stołeczki zawieszone na łańcuchach wirują w powietrzu. Pan Teoś jest uszczęśliwiony, pokrzykuje wesoło. Dzieci również. Za to Pani Teosiowa zbladła strasznie kurczowo trzyma się łańcuchów i krzyczy:

      - Teoś, każ zatrzymać maszynę, bo będzie nieszczęście. Ogórki mnie zemglili.
      - Julcia, nie można, trzymaj się mocno i rzygaj z wiatrem, tylko nie na publikie, bo się kto obrazi.

      Jednak pani Julia nie mogła widać zastosować się do wskazówek męża, bowiem z dołu podniosły się głosy protestu, karuzelę zatrzymano i zdjęto nieszczęsną kobietę z fotela tortur.

      2. Przez brak odpowiedniego słownictwa nie pojechać przypadkiem do kostnicy

      Po krótkim spacerze wytworny Pan trąca dorożkarza laską w plecy i rozkazuje:

      - Do prosektorium!
      - Na Chałubińskiego?
      - Do prosektorium na muzykie.
      - Ano to chiba na Okolnik do koncertratorium pan dziedzic każe, tam jest muzyka. W prosektorium - nieboszczyki. Mała różnica, ale jest.

      3. Znać rodowód żeńskich imion klaczy należących do dorożkarzy

      - Pańska klacz nazywa się Fela?
      - Tak, to dla uczczenia mojej żony, która tyż nazywa się Fela i jest straszna cholera. Tamtej nic zrobić nie mogie, bo baba jest jak piec i pysk ma od ucha do ucha, to na tej się odgrywam.

      4. Nie zapomnieć zacerować gaci swojemu ślubnemu

      Totyż nawijam jeden wałek, nawijam drugi, a do końca ciągle daleko, bo tam i mężowska bielizna była. A ta Baliszewska stoi i czeka. Żółć się w niej przewraca, jak się patrzy na te moje wyprawę, bo sama posiada półtorej powłoczki i trzy stare skarpetki. W końcu wytrzymać nie mogła i powiada do mnie, żebym guzik mężowi gdzie się należy przyszyła, bo gówno zgubi.

      5. Wiedzieć, co jest prawdziwym wyczynem dla magika

      Na przykład co pan powie o niezwykłych wyczynach słynnego indyjskiego fakira Blacamana, bawiącego niedawno w Warszawie? Przecież ten zadziwiający człowiek połykał żywe ryby, usypiał zwierzęta, pozwolił żywcem zakopać się w ziemi!
      - No i co jeszcze? Skończyłeś już pan?
      Blacaman jest dla mnie beduin z karakułowem łbem, nie widowiskowy fachowiec. Rybki połykał? To każden potrafi, ale półtora metra kija od szczotki w żołądek sobie zasunąć, tego nie umie, a ja na każde jedne żądanie zawsze uskutecznić to mogie.

      6. Nie próbować zjadać fragmentów wielkanocnej palmy

      Pamiętam, raz byłem u wuja Wężyka w Grochowie. Po jajeczku bierze wujo palmę, największego kotka odrywa i łyka. Ale nie wiadomo, czy kotek był za duży, czy też, że wujo na czczo się znajdował, dosyć na tem, że mu w gardle stanął i ani w te, ani w te nie idzie. Zrobił się wujo czerwony jak pomidor, oczy na wierzch mu wyleźli i zaczyna się prawidłowo dusić. Skoczyliśmy na pomoc, ja mu piwa szklankie daje, żeby popił, ciotka z kawałkiem placka doskakuje na przepchnięcie, a wujo piwo rozlał, ciotkie za kok złapał i razem z plackiem wont pod ściane, a sam nic tylko dusi się na całego, rękamy macha i wszystko ze stołu zdruca, babki na ziemię poszli, a jemu nic nie lepiej. Nogi w kołtun sobie zaplątał i zaczyna wierzgać, tylko patrzeć, jak obrus z całą zastawą ściągnie.

      To ja widzę, że krewa, człowiek nie tylko życie postradać może, ale jeszcze w świątecznych artykułach, w szkle i także samo fajansie szkody narobi. Wziąłem za szyjkie butelkie piwa i trzask wuja w ciemie, żeby go ogłuszyć. Z miejsca się uspokoił, bo ma się rozumieć przytomność stracił.

      I co pan powiesz, jakby ręką odjął - kotek przez gardło przeleciał, przyszedł felczer, dał wujowi amoniaku powąchać, łeb mu gulardową wodą opatrzył i wszystko w porządku.

      P.ES: Rozmowy Onego i Onej w czasach kanikuły. Odcinek 1,2,3.

      #1 Odcinek Muzyczny

      Dzień 5 rocznicy śmierci Amy Winehouse. Kieliszek wina na balkonie.

      Ona: Za Amy Winehouse!
      Ona (rezolutnie, z angielską wymową, choć nieświadomie): Łajnem!
      (śmiech)

      #2 Odcinek Higieniczny

      Wieczór przy otwartym balkonie. Ona pisze na komputerze.

      Ona: Coś mi tu śmierdzi...
      On: To może moje nogi?
      Ona: Nie, chyba coś innego...
      Ona (po dłuższej chwili milczenia, ale żywo): A może pójdziesz się kąpać?
      On i Ona (śmiech)

      #3 Odcinek Kulturofizyczny

      Ona (nieśmiało na koniec rozmowy): Jeszcze jedno. Mam do Ciebie pytanie, jako do eksperta.
      On (pewny siebie, bo zostało połechtane jego ego): Jasne, śmiało.
      Ona: Czy dzisiaj zaczyna się ta paraolimpiada?
      On (konsternacja, a później tylko śmiech)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wiech prawdę Ci powie...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      flisak1900
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 września 2016 21:23