Menu

Walking The Line

czyli opowieści człowieka, którego nie było...

Farsa, Forsa, Fiesta - „Najdroższy” w Teatrze Współczesnym

flisak1900

Mam wrażenie - odniesione bez przesadnie częstego oglądania telewizji czy przeglądania portali internetowych - że czasy, w których żyjemy są naprawdę dość popieprzone. I z każdym tygodniem czy miesiącem zamiast być lepiej jest jeszcze gorzej. Wydaje się, że od tego zastanego, kiepskiego stanu rzeczy trudno nam uciec i znaleźć jakieś światełko w tunelu. W weekend odkryłem jednak, jak zbawienną receptą na rzeczywistość (szczególnie taką wielkomiejską) może być spojrzenie na nią w krzywym zwierciadle wykreowanym na teatralnej scenie. A to wszystko przy okazji wizyty z moją A. na sztuce „Najdroższy" Francisa Vebera w warszawskim Teatrze Współczesnym.

Kino i teatr to miejsca, którym często nadaje się magiczne moce pozwalające na wywołanie u widzów efektu katharsis lub prościej oczyszczenia. Mimo, że może wydawać się to nieco naiwne, mi udało się przeżyć ten stan w sobotni wieczór. A to dzięki mieszance wyrazistego i zarazem inteligentnego humoru, świetnej gry aktorskiej, a przede wszystkim doskonałej obserwacji ludzkich zachowań zapisanej na kartach komedii Vebera, której nazwanie „komedią bulwarową” jest pewnym nadużyciem.

Historia opowiedziana w „Najdroższym” jest z pozoru prosta i oparta na jednej z najbardziej plugawych rzeczy współczesnego świata, czyli na kłamstwie. Francois Pignon jest bezrobotnym, niezaradnym życiowo byłym prawnikiem, który szukając jakiegokolwiek zainteresowania ze strony swoich bliskich (i nie tylko) prosi (a wręcz błaga) inspektora podatkowego Toulouse'a o przeprowadzeniem fałszywej kontroli skarbowej w zamian za dostarczenie kompromitujących informacji o swoim bogatym wuju. Bohater jest tak zdesperowany, że nawet sam postanawia na siebie napisać obraźliwy i pełen inwektyw donos. Inspektor się zgadza i mimo początkowych obaw uwiarygodnia kontrolę, czym rzuca światło na Pignona. A jest ono na tyle mocne, że fajtłapowatego bohatera w końcu zaczyna dostrzegać była żona szukająca wsparcia dla projektu nowego partnera, dawny kolega z działu prawnego dużego banku liczący na poklask u swojego szefa, a wyzwolona dekoratorka wnętrz Christine coraz śmielej eksponuje swoje wdzięki przy okazji kolejnych wizyt z nowymi, zaskakującymi dziełami sztuki nowoczesnej w mieszkaniu „dozorowanym” przez Pignona.

16807148_1410695532285961_5565867959388068061_n1

fot. Magda Hueckel

Wieść o fałszywej kontroli, a za nią domysły dotyczące fortuny Pignona skrywanej na kontach bankowych w bananowych republikach, zataczają coraz szersze kręgi. Bohater chełpi się przed bliskimi swoim statusem bogatego malwersanta, ale z każdym kolejnym dniem ma wrażenie, że niedługo na jaw wyjdzie jego prawdziwy status „gołodupca”. Zanim jednak to nastąpi, Pignon w serii komicznych zdarzeń lawiruje pomiędzy prawdą a fałszem, obrazem prawdziwym a wykreowanym. Jak to jednak często bywa, Fortuna nie lubi być robiona „w konia” i odwdzięcza się bohaterowi w sposób zgoła zaskakujący.

„Najdroższy” jest pozycją obowiązkową dla wszystkich osób, które w teatrze chcą odnaleźć mentalny reset. Reżyser Wojciech Adamczyk niczym alchemik dobrał ze sobą dwa wybitnie dobre aktorskie składniki (urzekający Andrzej Zieliński w roli Pignona oraz czarujący Krzysztof Kowalewski jako Jonville) i połączył je ze znakomitymi aktorami charakterystycznymi (np. Leon Charewicz jako inspektor Toulouse) tworząc niezwykle zabawny, przystępny i rozrywkowy - w dobrym tego słowa znaczeniu - spektakl. Myślę, że Teatr Współczesny może być dumny z tego spektaklu, bo - mówiąc na podstawie moich doświadczeń - robi on człowiekowi po prostu dobrze w tych raczej przygnębiających i smutnych czasach. Zarówno na duszy, jak i na ciele. O czym mogę zaświadczyć i ja i A., która w pewnym momencie popłakała się ze śmiechu na scenicznych popisach (a właściwie wygibasach) Krzysztofa Kowalewskiego.


I jak sobie przypominam, w jak dobry nastrój wprawił mnie sobotni spektakl, to przypominam sobie taki cytat z wybitnego brytyjskiego aktora Aleca Guinessa: „Tylko niewielu ludzi, którzy cierpią na kaszel, idzie do lekarza. Większość idzie do teatru”. Więc skoro tak, to wypisujmy sobie tę teatralną receptę jak najczęściej i śmiejmy się z nas samych. Nawet, jeśli jesteśmy przedstawieni na scenie nieco krzywo i pokracznie. Tylko to może przynieść nam prawdziwe oczyszczenie.
 
P.ES: Rozmowy Onego i Onej - owocowe klimaty zimy.

#1

On i Ona rano, w czasie dużych mrozów. Ona martwi się bezdomnymi zwierzętami i często sprawdza pogodę.

Ona: Jeszcze tylko dziś, jutro i w środę mają być takie mrozy.
On: A później?
Ona: Od czwartku ma być około minus zera.
On (z szelmowskim uśmiechem i spojrzeniem): Minus zera mówisz?

#2

On i Ona jedzą wieczorem po połówce jabłka.

On (przypatrując się swojej części): Wiesz co, doszedłem ostatnio do wniosku, że wszystkie owoce przecięte na pół mają części przypominające damskie narządy płciowe.
Ona (po chwili zastanowienia): Banan nie ma!
On: Ale banan ma co innego :)

P.ES 2: A pozostając w temacie owoców i narządów :) ...

20170207_1922191

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Oczytany Facet] *.internetdsl.tpnet.pl

    Bardzo dziękuję za ten tekst. Nie byłem, nie widziałem, ale poczułem tę atmosferę wieczoru w teatrze, prawie jak gdybym tam był, i zrobiło mi się trochę lepiej.

© Walking The Line
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci